sam/a/.o.t/o/n-i-e.
ta pustka między nami, te ciche spotkania, Twoje łzy, moje spojrzenia. to, co było kiedyś bije w dzwon, aby nas obudzić z tego letargu. abyśmy ocknęli się w końcu. wrócili do tego, co jest.
ale tak nie można. oboje wiemy, jak jest. oboje oddaliliśmy od siebie się na tyle, że bliżej nam do innych niż do siebie. nasze łzy w tym nie pomogą. zresztą to i tak przeze mnie. przez moje wątpliwości. przez zabawy w kotka i myszke, gdy nie wiedziałam czego chce.
zabijałam bardzo powoli nasze uczucie. to, że mówimy, że kochamy, nie musi tego oznaczać, prawda? /oh, Boże. jakie to wszystko jest chujowe. to wcale nie tak…/
już czuję pustkę, “we dwoje raźniej”. codziennie płaczę. bo odszedłeś, pomimo, że to ja odeszłam. tak wewnętrznie się rozstaliśmy. boję się spotkań z Tobą, bo zawsze są przepełnione smutkiem i żalem. jakimiś wyrzutami z Twoich oczu. Zabrałam Ci coś. I już nigdy nie oddam, bo jest to nie do zrobienia… Budzę się codziennie i wiem, że powinniśmy to zakończyć. A jednak trwamy tak. Bezsensu. Te wszystkie rozmowy sprawiają nam tylko ból.

musimy. muszę. musisz. podjąć kiedyś tą decyzję.
