wakacyjny.oddech.czyli- ‘zwolnij trochę Tośka’
Tak. Jestem w kraju.
Tak. nie zdążyłam się z nikim spotkać w Warszawie ze znajomych bo poleciałam na nowo wyśnionych skrzydłach prosto w ramiona mojego Ukochanego i planuję w nich pozostać do końca sierpnia z przerwami na ‘wpady’ do domu co jakiś czas- aby się najeść, pogłaskać rodziców, poklepać Kapsla i z nim pobiegać, spotkać się z Pyśką i innymi ludźmi, których kocham całym sercem. Aby odpocząć również na swój sposób w stolicy, gdzie zaduch, gorąco, kurz, dym (ale gdzie? chyba nie u mnie w stolicy!! mieszkam przecież zaraz koło Kampinosu i kocham SWOJE -jedno z dwóch- miejsce najbardziej na świecie!)
Przez dwa tygodnie ‘odpoczywałam’. Cieszyłam się, zwiedzałam. A w zasadzie to ‘myśmy’ to wszystko robili.
Piliśmy Warkę ( ja z podwójnym sokiem) w Wąwolnicy. Piwo tanie, bo duże za 5 złotych. Jedliśmy Kazimierskie koguty, gofry, pierogi a potem narzekaliśmy, że nie mamy kasy i musimy jeść zupki chińskie i kanapki z ogórkiem. Ale chyba tak naprawdę to wcale nie było nam źle z tego powodu. Ja się cieszyłam ze słońca, ze wspólnego piwa z Dominiką i Zaleskim w Nałęczowie. Cieszyłam się ze śmiesznego kota w Lublinie, cieszyłam się z JEGO obecności 24 h na dobę przy mnie. Pomimo wszystkich problemów, które zostawiliśmy na te dwa tygodnie za sobą i do których wróciliśmy. Razem jest tak o wiele wiele łatwiej to wszystko przełknąć, znieść, podnieść się.
Ostatnio czytałam jak szalona najróżniejsze felietony, wywiady z mądrymi osobami. Zaczęłam patrzeć troszeczkę inaczej na cierpienie samo w sobie, przestałam wymyślać sobie nowe kłopoty. Przeczytałam również drugą część ’strefy cienia’ p.t. ’strefa światła’. I cholera. Ta książka uświadomiła mi, że powinnam codziennie dziękować losowi za to, że jestem zdrowa, że mam wszystko, to, co każdy człowiek powinien mieć. Ręce, nogi, oczy, nos, usta, brodę. Nie mam szram, ani szpetnych blizn na twarzy. Mogę chodzić, biegać, uśmiechać się, cieszyć, malować usta, paznokcie, golić nogi, robić sobie manicure, pedicure. Mogę. A są kobiety, które nie mogą i nic już również nie mogą zrobić z tym aby wyglądać tak jak przedtem. Otworzyłam również oczy na to, że powinnam być wdzięczna codziennie losowi za to, że mam koło siebie dużo miłości, ciepła. Otaczają mnie ludzie, którzy mnie kochają i którzy potrafią dla mnie zrobić tak samo dużo jak ja dla nich albo jeszcze więcej.
A poza tym? Pogoda nie dopisała. Są powodzie. I jakoś tak strasznie mi smutno jak myślę o tym wszystkim, co Ci ludzie muszą przeżywać. Nie jestem materialistką, ale strasznie się przywiązuję do swoich rzeczy. Dopiero jak je gdzieś oddam (tak jak na przechowanie swoje rzeczy z Anglii mojemu Bratu- a w ogóle to on ma dzisiaj urodziny, kocham Cię Marku. bardzo) i o nich zapomnę to czuję, że mogłabym bez nich jakoś wyżyć. I jak tak myślę, że Ci ludzie tracą to wszystko, co z takim wysiłkiem zbierali przez całe swoje życie (w wielu przypadkach), to mi strasznie smutno. Bo to cholernie niesprawiedliwe wszystko jest. Dużo moich własnych filozofii się przewija ostatnio gdzieś we mnie. Staram się jakoś z tego wypróżnić. Zaczęłam pisać. Po prostu moja ręka aż się rwie do pisania, może oczyszczę się z tego całego smutku, który tak bardzo głęboko we mnie tkwi. Nie mam powodów do smutku. Mam wszystko o czym można marzyć. Miłość, dom, zdrowie, mam szansę się uczyć, żyję w wolnym kraju, mogę podróżować, jestem młoda i całe życie przede mną.
Nie ma się czym martwić. I znów jestem na diecie


ulewa. pioruny w tle. moja gęsia skórka, migawka, trzęsące się zęby i całe ciało. a potem ciepły ręcznik i herbata.
nie pytajcie kto robił mi te zdjęcia- to chyba jasne, że ON ON ON. Radek.

Kuchenne piękne światło. Przepięknie maluje na matrycy, co? Radek malował na spółę ze światłem.
A teraz to już tylko moje. Wspomnienia, pocztówki.






Aniołek. Wypatrzyłam go na ulicy. Przepiękny znak, co? Pomimo, że nie wierze w Boga. A zdjęcie cyknęłam dla mojej mamy, bo to największa fanka aniołów na całym świecie. W końcu sama nim jest.



trzy tapetki. nawet je polubiłam, ładne, świeże i tak odstresowujące. i już tylko ode mnie zależy jak to wyjdzie, bo nie ma tu żadnych modelek, którym trzeba mówić, co mają robić.
i na sam koniec…. mój ulubieniec:

macham łapką i mówię: cześć, do usłyszenia jak znów będę miała coś do opowiedzenia
Szaleństwo Salwatorskie :)
Przyjechałam do domu. Dzień spokoju, następnego znowu w podróży. Tym razem pociągiem do mojego Ukochanego… Szybko minęły te 4 i pół dnia. Ale i tak jakoś tak spokojniej i ‘pełniej’ niż zwykle. Miałam czas się tym Najlepszym nacieszyć. Brakuje mi codzienności, takich zwykłych rzeczy robionych z Nim- brakuje mi poczucia, że mam prawo zmarnować czas, bo przecież on cały czas jest obok. Już niedługo prawie 3 miesiące razem spędzimy. Ten rok szybko minął, oby następne przeleciały jeszcze szybciej. Podobno im człowiek starszy tym szybciej to wszystko mija- może to i lepiej?
Potem jak już będę szczęśliwa obok Ciebie zatrzymam ten czas…
Ale do rzeczy, bo ja pitu pitu miłosne a tak na serio tutaj chodzi o zdjęcia
W niedziele było ciepło. Pięknie. Jechaliśmy autostradą, słońce wschodziło a ja nie miałam czym oddychać z wrażenia (ile razy mówiłam Ci, że kocham jeździć z Toba samochodem w długie trasy?). Mgła między drzewami, światło grające na każdej gałęzi- widok po prostu był jak z bajki. A my aparaty włożyliśmy do bagażnika- już nigdy tego nie zrobię…
Dziewczyny z którymi współpracowaliśmy były niesamowite… Modelka Jacqeline- bomba energetyczna, wystarczyła, że się na Ciebie spojrzała a Ty już się śmiałeś. Ania, wizażystka- utelentowana, przezabawna kobieta, która opowiedziała nam mnóstwo historii na temat makijaży itp (Radek nawet słuchał zciekawiony
)… Dorota… brak mi słów do dziś jak bardzo dobrze zrozumiała moją wizję co do stylizacji. Jestem jej niezmiernie wdzięczna, bo gdyby nie ona to te zdjęcia w ogóle by nie wyszły. Nie no, kobiety nam się trafiły najlepsze… to trzeba przyznać.
Spotkaliśmy się o 8, skończyliśmy o 16… 8 godzin fantastycznej zabawy
Inaczej nie da się tego opisać
Radek zaczynał, bo ja się strasznie stresowałam i nie chciałam robić tych fot taka właśnie zestresowana, poza tym potem znowu by mi wypominał, że ja miałam więcej czasu od niego czy coś : (tak lof lof mój Ukochany Ciebie
)




zajebisty fotoreproter musi być





mówiłam, że pokaże jak się wygłupiasz Ślicznoto


taaak Pani Małgorzata Foremniak w wykonaniu Kinki rządzi

Radek robił foty potem, tutaj–> www.eyeballkid.digart.pl i tutaj–> www.radekrz.maxmodels.pl możecie podziwiać jego poczynania
Potem była przerwa na hotdogi, ciastka,picie, odpoczynek, zmycie makijażu…. (czyli jakieś godzina, półtorej
) gdzie również bawiliśmy się wyśmienicie
I nastał czas moich fot: elegancke lata 50! potem z drugiej stylizacji wyszła mi jakaś szalona Japonia, no ale cóż. Nie żałuję, jest dobrze













no i dobrze….
Po makin’ of nadeszła pora na pokazanie finałów
Zadowolona jestem… cała drużyna spisała się znakomicie i już się nie mogę doczekać następnego razu













Tej ‘Japońskiej’ Stylizacji po prostu już nie miałam siły wczoraj więcej obrabiać. Dzisiaj pójdzie. W portfolio się wszystko znajdzie, poukłądane odpowiednio. www.adolaniecka.dphoto.com jeśli ktoś jeszcze nie był.
No ogólnie zarówno samą sesję, jak i cały dłuższy weekend u Radka wspominam fantastycznie…
Teraz sporo zdjęć mi się szykuję- oby tylko pogoda dopisała…
Paryż i Holly między niebem a piekłem.
Przebrnąć przez zdjęcia z Paryża nie jest łatwo. Cały czas w nich grzebie i grzebie. Broń boże ich nie będę obrabiać bo bym chyba wszystkie włosy straciła
Poza tym ja nigdy fotografem streetowym nie bede pomimo, ze cholernie lubie lazic z aparatem po miejscach, ktore dopiero odkrywam
Tak wiec traktuje te foty z przymruzeniem oka i bardziej jako pamiatka niz wyczyc foto
najpierw odrobine shotów z życia miasta.

wieczorami też było przyjemnie. gdyby nie to, ze Angole wszedzie chca jezdzic kolejka i jedyna ich rozrywka to zakupy
wieczorem odwiedzilismy pierwszego dnia wieze eiffela, potem moulin rouge z cala ulica sexshopow, mrugajacych do Ciebie facetow i mnostwem neonow a ostatniego wieczora romantyczne montmarte i moja ukochana bazylika sacre-coeur.

w dzien czas na luk triumfalny, la defence, centrum pompidoue przy ktorym mieszkalismy w zasadzie, galeria davida la chapelle, katedra notre dame- nie pokazuje wszystkich bo sie nie da tego ogarnac. dodatkowo zdjecie sacre-coeur.

trochę rowerów i psów, nie byłabym sobą przecież.

ja i moi znajomi na koniec dla dodania smaczku
Paryz jeszcze sie przewinie moze jak bede miala jakis nudniejszy dzien i zaczne wyciagac starocie

jutro jeszcze poskanuje zdjecia z Paryza z przedwiecznego filmu z roku 97 (slajd wolany w c41) w zasadzie po kliszy juz widze, ze kilka fot wyszlo jakis dziwnych
ale jutro zobaczymy co tam sie dokladnie słuczyło.
no i teraz czas na Holly. stalo sie z nia cos niesamowitego na tym filmie… bylam tak maksymalnie zaskoczona efektem, ze przez dlugi czas sama nie wiedzialam, czy mi sie te zdjecia podobaja.
po dluzszym czasie przebywania z nimi, przygladajac sie im i gadajac sobie do nich i chyba nawet bardzo je lubie… mam nadzieje, ze i komus z was sie spodobaja.

tak więc enjoy i do jutra
na palcach.
dziwne to wszystko. zwykle idę po ulicy i takimi skrawkami myśli wypadają mi ustami. i sobie wtedy znowu bardzo szybciutko myślę: o h w ł a ś n i e t o powinnam napisać. gdzieś powinnam to umieścić.
dużo tracę przez swoją nieuwagę.
przyjechałam z Polski i doskonale się przez cały miesiąc bawiłam. imprezy, tańce, trochę alkoholu, trochę papierosów, dużo zdjęć- nowa dieta plus prawie zero spojrzeń w lustro. nie umiem już na siebie patrzeć. nie wiem w którym momencie tak mocno sobie zbrzydłam. nie lubię o tym myśleć jak nijaka dla siebie jestem, przeraża mnie to okropnie.
wymęczyłam Holly po stokroć. zrobiłam jej ze dwa tysiące zdjęć. wyszłam w końcu do ludzi. poznałam nowych. boże- ile ja się w końcu śmiałam. w Polsce przez te 10 dni odżyłam. stałam się z powrotem tą Tosią, która przyjechała do Anglii we wrześniu. może trochę bogatsza o nowe doświadczenia, ale z powrotem byłam szczęśliwa.


no i nie pisałam tutaj. zawsze jak jestem szczęśliwa tak strasznie szkoda mi czasu na dzielenie się tym szczęściem z Internetem. a może jednak powinnam- abym potem mogła czytać nie tylko te zapisy z paskudnych chwil w moim życiu, ale żebym mogła też się uśmiechać do tych fajniejszych wspomnień.
w środę już będę w domu. dom. ojak jestem w Warszawie tęsknię za Radkiem i borsukowem, jak jestem u Radka tęsknię za domem, w borsukowie tęsknie za wszystkim co ciepłe i kojarzące się z miłością. jednak muszę się do tego przyznać, że moje borsukowo też pokochałam na swój sposób. i też czuję się tutaj w pewnym sensie jak w domu. dużo mam tych domów i niezmiernie mnie to cieszy. samotność to najgorsze cierpienie.
Paryżowe wspominki plus dodatkowa holly filmowa w poniedziałek.
requiem.
dawno tak bardzo nie czułam się zmiażdzona jak teraz. głupi film, głupia rozmowa dwa dni temu. nałożyło się wszystko na siebie i zapadłam się kompletnie w sobie. mam ochotę usiąść pod ścianą i kołysać się jak dziecko. poca mi się dłonie, łzy same lecą- zauwazyłam je dopiero jak spadły i na klawiaturę. mam sucho w ustach, niedobrze mi, głowa mnie boli. boli.boli.boli. jest mi gorąco, widzę podwójnie. i jakoś tak mi słabo.
tak, bardzo chciałabym przeanalizować, chociażby w sobie samej ten film. nie mogę, została pustka. i zimne ściany- film jak film świetnie nakręcony.
i ja. jestem nikim. teraz. nie ma mnie zupełnie. znikłam rozpłynełam się zostawiając tylko mokrą plamę na podłodze. zimno mi. gorąco. cholernie jestem sama. zaraz zwymiotuje. chce wyrzucić z siebie ten cały jad, całą złość, całą zazdrość. chce znowu czuć się kimś. mieć jakieś znaczenie.
potrzebuje czyichś ramion. zwykłego dotyku.
moja mała prywatna Narnia.
wczoraj śnieg zaskoczył mnie niemniej niż samych Anglików. zostałam obudzona smsem od menagerki (6.30 rano…) abym wyjżała przez okno, bo tak pięknie sypie śnieg… odsłoniłam zasłonki… no i ogólnie pomimo ciemności na zewnątrz poczułam się jakby ktoś mnie oślepił. cudowny, biały puch! tak bardzo chciałam przecież śnieg… władowałam się szczęśliwa z powrotem pod kołdrę, przytuliłam do Miśka i z powrotem zasnęłam.
no nic. po ponownej pobudce, po milych wieściach, że angole nie wiedza co się z nadmierna iloscia sniegu robi i ze uniwerek zamkniety na cztery spusty, autobusy nie jezdza i ogolnie wszyscy ustknelismy na naszym najpiekniejszym zadupiu przedmiesc londynskich ja stwierdzilam, ze warto to wszystko jakos wykorzystac.
poszłam na spacer. moja cudowna, najpiękniejsza Narnia. jakbym mogla to przytulilabym się do każdego drzewa, zasnelabym w tym śniegu. coś pięknego.



ja na nogach adidasy, bo innych butow nie posiadam (kozaki czekaja na naprawę). przemokłam, ale o ile szczęśliwsza wróciłam do domu




bez wygłupów i nic nie wnoszących autek nie byłabym sobą
miałam ochotę wytarmosić się w tym śniegu tak jak zawsze robiłam z moim psem- ale cały czas pamiętałam o mojej ostatniej chorobie i chyba tylko te myśli mnie uratowały przed zrobieniem tego




no a jak w gre już weszła moja kocia maska- ha! w końcu można było pokazać swoją prawdziwą twarz
a raczej mordkę.


i moje ulubione. furia, dzikość. czasami tak bardzo chciałabym po prostu gdzieś uciec, zaszyć się. odpocząć.

potem dorwałam Dominikę –> efekty na www.mariea.digart.pl/digarty
a tutaj parę zdjęć z przerw pomiędzy ujęciami



Dominika zamarzła, więc wyciągnęłam Olge- Boże, czy tylko ja jestem odporna na zimno? Mój nikon tez już miał powoli dość- trzeba było go ogrzewać oddechem
No z Olgą się pobawiłyśmy zacnie, rozebrała mi się Kobietka szalona- mi pod koniec już było zimno od samego patrzenia na nią chociażby



trzeba było też trochę poszaleć- z nią się nie da inaczej.
przecudowna dziewczyna. najbliższa mi jednak tutaj.


lubię ten efekt. i zakochana w kolorach jestem.
no ale finalnie z Olgi zrobiłam wampira i tak to mniej więcej wygląda

no a tak absolutnie prywatnie- muzycznie teraz. brakuje mi dotyku. ciepła. brakuje mi Jego. doskonale to można odczuć rozmawiając ze mną. i strasznie, cholernie tęsknię. za wszystkim, za wszystkimi. aż mnie boli ta tęsknota czasami.
tak o dotyku właśnie. i o jednych z moich najlepszych wakacji. ta muzyka zawsze będzie mi przypominać słońce.
mam wiele marzeń, często o nich mówię, piszę. są dwa o których wiem tylko ja i jak już kiedyś pisałam nic nikomu o nich nie powiem dopóki się nie spełnią. ale mam też takie jedno (z tysiąca) o którym mogę powiedzieć.
cholernie, cholernie marzę o tym, aby nauczyć się tańczyć tango. choćbym miała uczyć się go rok, dwa, chciałabym je umieć tańczyć.
dzisiaj wyszperałam w sieci kilka, które znam i lubię, inne, które dopiero odkryłam
ah. no i tym właśnie muzyczno tanecznym akcentem zakończę na dziś i udam się w stronę kuchni gotować spaghetti na jakże romantyczny, samotny wieczór z książką i borsukami. adios amigos.
nocnie.
ludzie mają to do siebie, że tęsknią. i że czasami tak bardzo chcesz dotknąć tego drugiego człowieka, że aż to pragnienie boli…
z Tobą jest zawsze tak cudnie.

my. my. cały czas widzę, pamiętam i czekam.

i mussyka. muzyka.
dziwnie inaczej.
zimno, ciepło. smutno aby zaraz następnego dnia rozpierała mnie szaleńcza radość. nie potrafię sobie radzić ani z jednym ani z drugim uczuciem. odliczanie cały czas trwa, powoli zaczyna mnie to męczyć, nie potrafię zatracić się w życiu które wokół mnie jakby przechodzi. ”jestem polarnym niedźwiedziem, zedrzyj ze mnie futro…’
jestem studentką, pracuję, wydoroślałam o jakieś 3 lata w przeciągu niecałego pół roku. ‘jestem misiem, kochać chce “mi-się” ‘ jestem silna, dzielna, jestem cały czas bez pieniędzy i daję jakoś radę, tylko czasami zastanawiając się, jak radzą sobie ludzie, którzy nie mają w ogóle pracy tutaj a na jedzenie jakoś mają- w przeciwności do mnie. cały czas staram się znaleźć ten nowy sens w tym właśnie zupełnie nowym życiu. powoli chyba się odnajduję, trochę się wyciszyłam, uspokoiłam.
czasami tylko we mnie coś umiera i robi mi się czarno. nic mogłoby wtedy nie istnieć. dobrze, że jest ktoś kto mnie tak bardzo kocha, kto nie pozwala mi uciekać. kto każe mi walczyć ‘gdy w ustach mam słowo… fuck!’
Maria Peszek śpiewa trochę o mnie. Pomimo, że czasami każę się jej zamknąć. Boli Cię Antośka, co? Oj bolą własne wady.

wczoraj poprawiłam nie tylko sobie humor robiąc zdjęcia pięknej Dominice. Te Dominiki jednak mają coś w sobie


i stwierdziłam, że zrobiłam się cholernie aspołeczna…
‘nie umiem żyć w mono, wybieram stereo..’ ostatnio to nie moje słowa.
po drugiej stronie lustra
raz jestem histerycznie szczęśliwa, innym razem mam ochotę tylko zasnąć i obudzić się nigdy. huśtawki nastrojów powoli mnie zaczynają męczyć. więc postanowiłam zająć się czymkolwiek. wychodzić częściej, czytać więcej, oglądać, cykać. nie rozstawać się z aparatem. zaczynam nosić ze sobą zenita.
czasami przejdę na drugą stronę lustra. a tam jest tak kolorow, psychodelicznie, zupełnie inaczej. aby przejść wystarczy włączyć ulubioną muzykę. zatonąć w niej. umrzeć i odrodzić się jeszcze raz.
czasami boję się, że to wszystko po prostu zniknie, odleci? nie wiem sama już jak mam się zachowywać aby było dobrze, bo chyba chcę za dużo?
na ścianie mam wiele historii. między innymi o pięknych kobietach i o nogach. lubię nogi. zawsze miałam dziwne fetysze związane z nogami.
a wieczorami jem czasami kisiel, czasami budyń a czasami robię sobie herbatę i piję ją sama. czasami zadzwonie do domu i staram się wypić tę herbatę z mamą przez telefon, żeby ta całą czynność była choć troche mniej samotna.
i mam kakao. pasztet. kisiel, gorący kubek. i duzo musli.
ale ogólnie naprawdę nie jest tutaj aż tak źle. owce są, konie. koni dużo jest…
chciałabym.
chciałabym być chuda.
chciałabym być bliżej. /czego księżniczko?
chciałąbym aby to wszystko było prostsze.
chciałabym aby znowu słoneczny dzień był dla mnie powodem do cholernego szczęścia.
chciałabym znowu mieć przyjaciółkę.
chciałabym się w tym wszystkim jakoś odnaleźć.
chciałabym znaleźć w tym wszystkim jakiś sens.
bo to wszystko gdzieś po drodze mi uciekło. znikneło mi z horyzontu i ja zostałam tak właśnie. przychodzę trzy razy w tygodniuna to wzgórze. łapię powietrze w płuca. myślę: o jak tu cudownie. o ile lepiej niż w Warszawie, gdzie ja bym miała takie widoki? takie niebo? takie możliwości? takich ludzi, miająjących mnie tutaj właśnie tak, trzy razy w tygodniu. och jak tu pięknie sobie myślę. myślę tak za każdym razem jak wsiadam do autobusu z chalfont do high wycombe i mijam te wszystkie znane mi już pola, krowy, konie, gospodarstwa, piękne wille, małe domki z popsutymi albo i nie dachami. i wzdycham tak tylko, czasami z zachwytem. czasami z żalem. i pokochałam samoloty. samolot to nadzieja, to wolność, to powrót do domu i do tego co mi jest bliskie. znowu jak jestem w domu to tęsknię za odpowiedzialnością, niezależnością i tęsknotą za domem. zrobiłam się strasznie smutną i skomplikowaną dziewczyną.
mdli mnie z obawy. że zostanę sama. że nie będę doskonała. że nie jestem dostatecznie dobra.
i cały czas tłucze mi się myśl głowie: mniej.mniej. mniej wszystkiego. minimalizm.
głowa mnie boli już od tego wszystkiego. wpadam w jakiś zamknięty krąg z którego można wyjść po prostu coś robiąć. ale ja nie wyobrażam sobie tak po prostu zacząć. strasznie wydaje mi się to skomplikowane.
cholernie mi marzną dłonie, stopy. w serce mi zimno też.
wschody czasami mamy ładne, choć trochę przerażające….
bałagan myśli porozrzucane sketchbooki. no dosłownie nic nie mogę zacząć robić.
jak ja kocham te małe, futrzase zwierzątka tutaj….
idę sobie zrobić budyń.
może mi poprawi humor. źle mi się śni. nawet Madera śniła mi się z burzowymi chmurami, chorobami, wielkimi falami, wysokimi schodami, moim tatą, który musiał wracać do pracy i samymi trudnościami.
powiedzcie mi, co się dzieje?











